czwartek, 13 sierpnia 2015

Kiedy usta milkną

Człowiek jest złożoną istotą, która mimo wszystko potrzebuje dość wielu czynników, aby żyć szczęśliwie. Czasem jednak, nie wszystko idzie po naszej myśli i do czynienia mamy w ów czas z negatywnymi emocjami jak rozczarowanie, gniew, czy zazdrość i tp. Potrzebujemy wtedy aby te wszystkie emocje znalazły jakieś ujście, ponieważ dobrze wiem, że gdy zaczniemy dusić je w sobie, będzie o wiele gorzej. Jedni aby pozbyć się złych emocji ćwiczą na siłowni, inni biegają, a jeszcze inni malują. Mój sposób na pozbywanie się negatywnych emocji to pisanie. A o to skutki ujścia moich emocji:

Pod ścianą zmartwień 

Nad ścianą zmartwień wiszą szare chmury.
Dookoła ciągną się brudne, czarne mury.
Nie chcę już walczyć, rękoma problemów do krwi rozdrapywać.
Na wypalonej trawie się ułożę, będę leżeć,śnić, odpoczywać. 

Spadnie na mnie deszcz z mych wspomnień starych.
Wiatr utraconych marzeń, zdmuchnie pościel z pyłów szarych.
Tak więc pod ścianą zmartwień będę wypoczywać.
Jak kamień przez wieki się nie ruszę, nie będę się wychylać.

Zaklęte w mej kamiennej piersi, zardzewiałe serce,
Już nie krwawi, nie ucieka, nie poddaje się udręce. 
Gaśnie bardzo wolno i cicho, spokojnie w swej marności.
Pod ścianą zmartwień samotnie niknie, wciąż obracając się w pył nicości.

"Jeżeli chcesz narysować ptaka, musisz stać się ptakiem"

Wakacje się kończą, znajomi wracają z długich podróży, a ja odbywam ostatnie przejażdżki rowerowe. Wszystko co dobre, szybko się kończy. Tegoroczne wakacje były dla mnie zupełnie nową przygodą. Jak dotąd, każda letnia przerwa wyglądała podobnie, ale nie tym razem. W tym roku wyjechałam na obóz językowy do Olsztyna. Spędziłam tam dwa tygodnie na nauce języka francuskiego, wraz z kolegami i koleżankami z Rumunii. Języka uczyli nas nauczyciele z Francji, a dokładniej z Bretanii. Była to czwórka bardzo przemiłych ludzi o wielkim sercu i wyobraźni. Nie tylko nauka francuskiego wypełniała nasz plan dnia. Często wychodziliśmy na miasto, aby zwiedzać je za pomocą licznych i interesujących animacji, które przygotowali nam animatorzy, również pochodzący z Francji. Można więc powiedzieć, że rano uczyliśmy się pod okiem kreatywnych nauczycieli, po południu udawaliśmy się na animacje z wiecznie uśmiechniętymi animatorami o niezmierzonej energii, a wieczorami tworzyliśmy razem z kolegami z zagranicy kamishibai. Zapytacie czym jest owe kamishibai? Już tłumaczę. Jest to tradycyjna japońska sztuka opowiadania historii za pomocą ilustracji wykonanych na papierowych planszach. Owe plansze wsuwa się do małego, drewnianego parawanu, zwanego butai. Sztuki kamisibai uczyła nas pewna wybitna postać, dla której kamishibai jest drugim światem, a może nawet tym pierwszym? Osobą tą była Anais, która od jakiegoś już czasu zamieszkuje w Polsce i ku memu zdziwieniu, dosyć dobrze potrafi porozumiewać się właśnie w tym języku. Anais jest wspaniałą aktorką, która ze zwykłych ilustracji, potrafi uczynić tak wciągającą i niezwykłą historię. Dzięki Anais, nauczyłam się, że nigdy nie jest się zbyt starym aby marzyć. Śmiało przyrównała bym ją do profesora Ambrożego Kleksa. Pani Anais jest prawdziwą czarodziejką, która pokazała nam, jak niezwykła jest siła wyobraźni, jak kolorowe i słodkie są obłoki, kiedy potrafimy w nich bujać, a także objadać się nimi do syta. Wszyscy obozowicze zostali podzieleni w grupy, góra czteroosobowe. W dzień przed wyjazdem, każda grupa zaprezentowała swój własny, mały spektakl kamihibai. Dwa tygodnie, które spędziłam na obozie, to był najpiękniejszy czas, jaki przeżyłam w ciągu tych wakacji, a może i całego roku. Poznałam wielu fantastycznych i wybitnych ludzi, nowych znajomych i przyjaciół z Polski, Rumuni i oczywiście Francji. Dostałam nawet mały upominek od koleżanki z Rumunii, delikatny, ozdobny talerzyk z podobizną Wlada Palownika. Z perspektywy czasu, kiedy wspominam obozowe przygody, serce mi pęka na myśl, że to wszystko już dawno się skończyło, ale z drugiej strony raduje się cała moja dusza, ponieważ wspaniały jest już sam fakt, że udało mi się przeżyć wspaniałą i niezapomnianą na wieki przygodę. Tutaj możecie zobaczyć wiele ciekawych zdjęć z dwóch tygodni naszego obozu, zachęcam do obejrzenia :)

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Smutna wena

Nie mam dzisiaj głowy żeby pisać dłużej, rozwodzić się nad przeszłością lub przyszłością... Ani też nad teraźniejszością. Choć to nie znaczy, że nic nie napiszę... Dzisiaj coś napiszę, ale trochę inaczej.


Z góry mi dano

Czuwa nade mną kostucha,
Co cierpliwie bicia mego serca słucha.
Z paszczy gniewem czystym zionie
A w jej oczach nienawiść płonie. 

Wstaje razem ze mną rano. 
Jest przyjaciółką, którą z góry mi dano. 
Razem przeglądamy się w toni codzienności,
Szukając w mroku, złudnej namiastki miłości. 




Weny niby nie ma, ale jednak jest. Szkoda tylko, że jest to smutna wena.

Oj dłuuuuugo mnie tu nie było...

Oj długo mnie tu nie było. Cóż... Masa problemów, masa zmartwień i jeszcze większa masa NAUUUKI. Życie przeciętnego nastolatka w szkole średniej jest po części nudne, a po części szalone i ekscytujące (jeżeli rajd po parkingu galerii handlowej, w wózku sklepowym, jest ekscytujący :d) Zależy jak kto patrzy. Jedni mogą powiedzieć, że ich życie przynosi im co dnia coś nowego i zapadającego w pamięć. Inni natomiast mogą narzekać na monotonność i flegmatyczność, którą notorycznie odczuwają w swoim młodzieńczym życiu. Wydaje mi się, że mogę z czystym sumieniem zaliczyć się do ludzi, którzy czerpią z życia garściami. Właściwie dopiero od niedawna moje życiowe zawirowania i wybryki uspokoiły się. Jestem człowiekiem, który nie potrafi usiedzieć w miejscu, bo cóż mamy z życia, które tak szybko przemija, kiedy nie ruszamy naszych szanownych, czterech liter z miejsca i tylko narzekamy, że mamy już te np. siedemnaście wiosen, a nie przeżyliśmy jakiejś wspaniałej przygody. Chociaż w tym punkcie chętnie bym się zatrzymała. Wspaniałe przeżycia mogą być różnie widziane, różnie interpretowane. Dla mnie wspaniałą przygodą, czy przeżyciem jest np. wypad z ekipą przyjaciół za miasto, do lasu, czy choćby na rolki do pobliskiego parku. Moja najwspanialsza przygoda miała miejsce na Gęsiej Górze nieopodal lasu "Bażantarnia" w zeszłoroczne wakacje. Niby nie było to coś wielkiego, ale według mnie to był wspaniały dzień. Wcześnie rano z ekipą przyjaciół wyruszyliśmy rowerami na Gęsią Górę. Każdy miał ze sobą plecak pełen prowiantu. Chłopacy zapakowane mieli kiełbaski, chleb, picie, zupki "chińskie". Adam natomiast, plecak wypchany miał starymi numerami Gazety Elbląskiej, a w drugiej przegrodzie leżał spakowany krzemień, malutki garneczek i do połowy pełna paczka zapałek. Z takim "arsenałem" wyruszyliśmy w podróż. Jechało się ciężko, ponieważ to był jeden z tych wakacyjnych dni, kiedy nawet ptakom nie chciało się śpiewać z powodu bardzo wysokiej temperatury. Uściślając byłam tam jedyną dziewczyną. Jechałam ze wszystkich najwolniej, a i tak dawałam z siebie wszystko, wylewając siódme poty. Trasa, którą się poruszaliśmy była trudna, ale krótka. Prosto, prosto,w lewo, pod górkę, prosto, pod górkę, z górki i kolejny raz pod górkę już do końca. Jechaliśmy koło czterdziestu minut. Kiedy dotarliśmy na miejsce, ławki i palenisko były puste. Rozgościliśmy się na jednej z ławek rozpakowując prowiant i sprzęt do rozpalenia ogniska na prowizorycznym stole, wykonanym z bali drzewnych i kilku desek. Gęsia Góra nie należy do tych gór, które faktycznie są górami, z którymi trzeba się nieźle namęczyć, żeby je zdobyć.Wręcz przeciwnie. Potocznie zwana Gęsia Góra, jest w rzeczywistości wzniesieniem o wysokości 69,8 m n.p.m na Wysoczyźnie Elbląskiej. Ze wzniesienia tego można podziwiać przepiękną panoramę Elbląga. Najpiękniej wygląda ona w chwili, kiedy zachodzące słońce oblewa miasto swoim wiśniowym urokiem... Ale to już inna bajka. A więc wracając do opowieści... Rozpakowaliśmy zawartość naszych plecaków na stół, przeliczyliśmy kiełbaski, bochenki chleba i podpałkę (ekhm... Gazetę Elbląską), po czym sprawnie ustaliliśmy plan działania. Karol i Michał poszli do lasu po gałęzie na rozpałkę, a ja z Adamem zostaliśmy przy stole, czekając na resztę rozpałki. Można powiedzieć, że dzień zeszedł nam na gawędach, jedzeniu kiełbasek i zupkach "chińskich"ugotowanych na ognisku , które Adam rozpalił krzemieniem. To był wspaniały, długi dzień spędzony na świeżym powietrzu z najlepszą ekipą, jaką kiedykolwiek miałam. Wróciliśmy do domu późnym wieczorem, gdy nad miastem rozciągał się już zmierzch. Kiedy dzisiaj wspominam ten dzień, nadal czuję zapach dymu z ogniska, którym przesiąknęły moje ubrania i włosy. Czuję także ten letni zapach i bryzę na policzkach... Wciąż wiatr rozwiewa mi końcówki włosów. Żadne słowa nie opiszą tamtych wspaniałych chwil w gronie przyjaciół. Takie chwile są warte zapamiętania. Bo to dzięki nim, czujemy radość z życia i chcemy czerpać z niego jak najwięcej. Kiedy potrafimy cieszyć się z takich wspomnień, czy też przeżyć, to życie przestaje być nudne i monotonne. Cieszę się, że mam dookoła siebie ludzi, którzy sprawiają, że codziennie się uśmiecham. Wam również życzę takich wspaniałych ludzi, ale przede wszystkim ekscytujących wakacji (są już tak blisko :D) i niezapomnianych przygód.

sobota, 25 kwietnia 2015

Chociaż ciężko, to jednak warto.

Coraz bliżej do wakacji i coraz bliżej do zupełnego wyczerpania. Szkoła, dom, znajomi, lekcje... I tak całyyyy czas. Nie mam czasu na nic, a w moim pokoju panuje wielki nieporządek niczym w stajni Augiasza. Natłok prac domowych i sprawdzianów powoduje, że chodzę spać coraz później... A rano nie wyrabiam się do szkoły. W ciągu tego tygodnia zaczęłam uprawiać pewien bardzo rozwijający sport. Po pierwsze, wyrabia on talent ekspresowego dobierania stroju do szkoły, perfekcyjnego makijażu w dwie minuty i co najważniejsze, usprawnia zdolności motoryczne. Ten sport to biegi za autobusem. Powoli zaczynam bić rekordy ;).


"Pola Nadziei"... Tej akcji nie muszę chyba przedstawiać. Co roku w naszym "Elblążkowie" w dniu tym, na ulice wychodzą wolontariusze, niczym anioły z żonkilami, a hojni przechodnie wrzucają do puszek datki na rzecz hospicjum. W tym roku również i ja postanowiłam zostać "żółtym aniołem". Spędziłam cały dzień z moją przyjaciółką, która również włączyła się do akcji, przechadzając się po ulicach naszego pięknego miasta. Zimny, arktyczny wiatr nie przeszkodził nam w zbiórce. Nawet przebycie całego miasta w dwie strony, nie zniechęciło nas. Uważam, że takie akcje jak "Pola Nadziei" są wspaniałą inicjatywą. Każdy potrzebuje pomocy. Możemy nieść ją zawsze, trzeba się tylko rozejrzeć, zdjąć wzrok z telefonu, czy ekranu komputera i spojrzeć na tych słabszych i mniejszych. Przecież istnienie nie polega tylko na braniu, na konsumpcji. Życie jest czymś bardziej niezwykłym i wymagającym. Wolontariat powoli zaczyna mnie "wkręcać". Uczy mnie tego, że moje "ja", nie jest najważniejsze. Następnym celem jaki sobie obrałam, jest pomoc w świetlicy dla dzieci z rodzin trudnych, rzec by można... Patologicznych. Chcę pomagać innym, ponieważ sama wiem jak ważna jest pomoc drugiego człowieka i jak często nam jej brakuje. Zachęcam wszystkich do takiej formy niesienia pomocy, jaką jest wolontariat. Wolontariusze są jak światełko w tunelu. Są cichymi aniołami żyjącymi wśród nas.


Zawsze uważam, że warto mierzyć wysoko i brnąć w wyznaczonym przez siebie celu. Nie ważne jak wysoko musiał byś doskoczyć.  Od 2010 roku jestem Echelonem i uważam, że długo się to nie zmieni. Jak każdy Echelon, najwspanialszym wydarzeniem jest dla mnie koncert 30 Second To Mars. Moim marzeniem było pojechać na koncert tego zespołu, jednak jeszcze nigdy nie udało mi się go zrealizować. Jednak nie porzuciłam swojego celu i wierzyłam, że kiedyś się uda. O marzenia trzeba zabiegać i pielęgnować je. Kiedy tylko dowiedziałam się, że Marsi przyjadą do Gdańska (mieszkam godzinę jazdy samochodem od Gdańska) postanowiłam zadziałać. Mama nie chętnie wysłuchała mojej pełnej entuzjazmu przemowy na temat, jakie to moje marzenie jest wielkie i niepowtarzalne. Początkowa reakcja byłą negatywna, ale ja się nie poddałam i wierciłam, przysłowiową dziurę w brzuchu. Dalsze działania, które podjęłam sprawiły, że moje notoryczne jęczenia i stękania zostały rozpatrzone pozytywnie. Zawsze wydawało mi się, że przekonanie rodziców i kupno biletu jest najtrudniejsze. Grubo się pomyliłam. Najbardziej zdenerwowało mnie to, ze na dziesięć dni przed koncertem wszystko raptem zaczęło się komplikować. Nocleg u siostry, która mieszka w Gdańsku jak połowa mojej rodziny, spalił na panewkach. Brat, który miał jechać zemną, nie dał rady załatwić sobie wolnego w pracy na ten dzień. W pewnym momencie zaczęłam wątpić, czy moje marzenie uda się zrealizować. Mimo wątpliwości nie dałam za wygraną i zaczęłam szukać jakiś wyjść z tego problemu. Uparcie myślałam co zrobić. No i udało się coś wymyślić. Po koncercie zanocuję u babci, która chętnie nas ugości, a brat wynegocjował w pracy zmianę z godzin popołudniowych na poranne. Jestem teraz pełna optymizmu i podekscytowania. Nie mogę się już doczekać nadchodzącego koncertu.  Nie wiem, czy moja historia jest dobrym przykładem, ale obrazuje ona fakt, że wszystko jest możliwe. Żeby marzyć, potrzebujemy kilku ważnych rzeczy. Przede wszystkim cierpliwości, zaangażowania, woli działania, jak i również odważnego serca. Artur Rojek w piosence "Mieć czy być", zespołu Myslovitz, śpiewał "już teraz wiem, że wszystko trwa dopóki sam tego chcesz." Słowa tej piosenki, możemy odnieść właśnie do marzeń. Trwać one będą tak długo, jak długo będziemy chcieli je realizować.

sobota, 11 kwietnia 2015

Taaakie słońce, taaakie książki.

Z reguły nie znoszę poranków. Są one ciężkie, nieprzyjemne, a niebo, najczęściej jeszcze jest szare i ani trochę nie zachęca, by ruszyć się z mięciutkiego łóżka. Nawet pora weekendu nie zmienia mojego podejścia do poranków... Weekendowe poranki są chyba jeszcze gorsze od tych szkolnych. Ogólnie poranki są dla mnie najgorszą porą dnia, nie wiem czy to z powodu wiecznie bolącego karku, czy z powodu moich d ziwacznych snów. Dzisiaj jednak ta rutyna została mile przełamana. Obudziłam się rano i otwierając oczy, ku memu zdumieniu, przez okno agresywnie wdzierały się ciepłe snopy słońca. Złoty przyjaciel z za okna osłodził mi dzisiejszy poranek... BA! Cały dzień! Aura dzisiejszego dnia, dała mi wiele pomysłów jak spędzić aktywnie czas wolny. Wycieczka rowerowa, spacer do lasu lub bieg na starówkę. Te i jeszcze inne opcje, spędzenia czasu na świeżym powietrzu,
długo rozstrzygałam i poddawałam różnym wątpliwością. W końcu wybrałam coś zupełnie innego. Weszłam na łóżko i sięgnęłam na półkę z książkami. Przeczesując zbiory, znajdujące się na półeczce, moja ręka zatrzymała się na książce Stephena Kinga "Bezsenność". Lektura ta opowiada o mężczyźnie cierpiącym na bezsenność. Im krócej śpi, tym dziwniej postrzega świat i ludzi - wydaje mu się, ze zaczyna widzieć ich 'aury', a także tajemnicze istoty towarzyszące zgonom jego znajomych i przyjaciół. Powieść tą, zdjęłam z półeczki, schowałam do torby i wyszłam z domu. Moje kroki skierowałam ku pobliskiemu parku, w którym to najbardziej lubię czytać książki lub po prostu się relaksować. Ogólnie polecam każdemu, kto lubi czytać, wychodzenie z książką poza mury domu. Czytanie na świeżym powietrzu jest świetną sprawą. Często, kiedy jest ładna pogoda, lubię wyjść na spacerek z książką, usiąść po turecku na ławce i zanurzyć się w nowych i ciekawych przygodach książkowych. Można powiedzieć, że książki są jak skrzynia, w której ukryte są skarby. Czytając książki przeżywamy coraz to nowe przygody, których na długo nie zapomnimy. Czytanie jest pokarmem dla naszego umysłu. Buduje naszą wyobraźnię jak wapń kości. 

Nooo siema ;)

 Witam gorąco wszystkich marzycieli, myślicieli i niepoprawnych optymistów. Na tym blogu chcę podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami, ulubionymi tekstami literackimi i oczywiście choć trochę ponarzekać :).