sobota, 25 kwietnia 2015

Chociaż ciężko, to jednak warto.

Coraz bliżej do wakacji i coraz bliżej do zupełnego wyczerpania. Szkoła, dom, znajomi, lekcje... I tak całyyyy czas. Nie mam czasu na nic, a w moim pokoju panuje wielki nieporządek niczym w stajni Augiasza. Natłok prac domowych i sprawdzianów powoduje, że chodzę spać coraz później... A rano nie wyrabiam się do szkoły. W ciągu tego tygodnia zaczęłam uprawiać pewien bardzo rozwijający sport. Po pierwsze, wyrabia on talent ekspresowego dobierania stroju do szkoły, perfekcyjnego makijażu w dwie minuty i co najważniejsze, usprawnia zdolności motoryczne. Ten sport to biegi za autobusem. Powoli zaczynam bić rekordy ;).


"Pola Nadziei"... Tej akcji nie muszę chyba przedstawiać. Co roku w naszym "Elblążkowie" w dniu tym, na ulice wychodzą wolontariusze, niczym anioły z żonkilami, a hojni przechodnie wrzucają do puszek datki na rzecz hospicjum. W tym roku również i ja postanowiłam zostać "żółtym aniołem". Spędziłam cały dzień z moją przyjaciółką, która również włączyła się do akcji, przechadzając się po ulicach naszego pięknego miasta. Zimny, arktyczny wiatr nie przeszkodził nam w zbiórce. Nawet przebycie całego miasta w dwie strony, nie zniechęciło nas. Uważam, że takie akcje jak "Pola Nadziei" są wspaniałą inicjatywą. Każdy potrzebuje pomocy. Możemy nieść ją zawsze, trzeba się tylko rozejrzeć, zdjąć wzrok z telefonu, czy ekranu komputera i spojrzeć na tych słabszych i mniejszych. Przecież istnienie nie polega tylko na braniu, na konsumpcji. Życie jest czymś bardziej niezwykłym i wymagającym. Wolontariat powoli zaczyna mnie "wkręcać". Uczy mnie tego, że moje "ja", nie jest najważniejsze. Następnym celem jaki sobie obrałam, jest pomoc w świetlicy dla dzieci z rodzin trudnych, rzec by można... Patologicznych. Chcę pomagać innym, ponieważ sama wiem jak ważna jest pomoc drugiego człowieka i jak często nam jej brakuje. Zachęcam wszystkich do takiej formy niesienia pomocy, jaką jest wolontariat. Wolontariusze są jak światełko w tunelu. Są cichymi aniołami żyjącymi wśród nas.


Zawsze uważam, że warto mierzyć wysoko i brnąć w wyznaczonym przez siebie celu. Nie ważne jak wysoko musiał byś doskoczyć.  Od 2010 roku jestem Echelonem i uważam, że długo się to nie zmieni. Jak każdy Echelon, najwspanialszym wydarzeniem jest dla mnie koncert 30 Second To Mars. Moim marzeniem było pojechać na koncert tego zespołu, jednak jeszcze nigdy nie udało mi się go zrealizować. Jednak nie porzuciłam swojego celu i wierzyłam, że kiedyś się uda. O marzenia trzeba zabiegać i pielęgnować je. Kiedy tylko dowiedziałam się, że Marsi przyjadą do Gdańska (mieszkam godzinę jazdy samochodem od Gdańska) postanowiłam zadziałać. Mama nie chętnie wysłuchała mojej pełnej entuzjazmu przemowy na temat, jakie to moje marzenie jest wielkie i niepowtarzalne. Początkowa reakcja byłą negatywna, ale ja się nie poddałam i wierciłam, przysłowiową dziurę w brzuchu. Dalsze działania, które podjęłam sprawiły, że moje notoryczne jęczenia i stękania zostały rozpatrzone pozytywnie. Zawsze wydawało mi się, że przekonanie rodziców i kupno biletu jest najtrudniejsze. Grubo się pomyliłam. Najbardziej zdenerwowało mnie to, ze na dziesięć dni przed koncertem wszystko raptem zaczęło się komplikować. Nocleg u siostry, która mieszka w Gdańsku jak połowa mojej rodziny, spalił na panewkach. Brat, który miał jechać zemną, nie dał rady załatwić sobie wolnego w pracy na ten dzień. W pewnym momencie zaczęłam wątpić, czy moje marzenie uda się zrealizować. Mimo wątpliwości nie dałam za wygraną i zaczęłam szukać jakiś wyjść z tego problemu. Uparcie myślałam co zrobić. No i udało się coś wymyślić. Po koncercie zanocuję u babci, która chętnie nas ugości, a brat wynegocjował w pracy zmianę z godzin popołudniowych na poranne. Jestem teraz pełna optymizmu i podekscytowania. Nie mogę się już doczekać nadchodzącego koncertu.  Nie wiem, czy moja historia jest dobrym przykładem, ale obrazuje ona fakt, że wszystko jest możliwe. Żeby marzyć, potrzebujemy kilku ważnych rzeczy. Przede wszystkim cierpliwości, zaangażowania, woli działania, jak i również odważnego serca. Artur Rojek w piosence "Mieć czy być", zespołu Myslovitz, śpiewał "już teraz wiem, że wszystko trwa dopóki sam tego chcesz." Słowa tej piosenki, możemy odnieść właśnie do marzeń. Trwać one będą tak długo, jak długo będziemy chcieli je realizować.

sobota, 11 kwietnia 2015

Taaakie słońce, taaakie książki.

Z reguły nie znoszę poranków. Są one ciężkie, nieprzyjemne, a niebo, najczęściej jeszcze jest szare i ani trochę nie zachęca, by ruszyć się z mięciutkiego łóżka. Nawet pora weekendu nie zmienia mojego podejścia do poranków... Weekendowe poranki są chyba jeszcze gorsze od tych szkolnych. Ogólnie poranki są dla mnie najgorszą porą dnia, nie wiem czy to z powodu wiecznie bolącego karku, czy z powodu moich d ziwacznych snów. Dzisiaj jednak ta rutyna została mile przełamana. Obudziłam się rano i otwierając oczy, ku memu zdumieniu, przez okno agresywnie wdzierały się ciepłe snopy słońca. Złoty przyjaciel z za okna osłodził mi dzisiejszy poranek... BA! Cały dzień! Aura dzisiejszego dnia, dała mi wiele pomysłów jak spędzić aktywnie czas wolny. Wycieczka rowerowa, spacer do lasu lub bieg na starówkę. Te i jeszcze inne opcje, spędzenia czasu na świeżym powietrzu,
długo rozstrzygałam i poddawałam różnym wątpliwością. W końcu wybrałam coś zupełnie innego. Weszłam na łóżko i sięgnęłam na półkę z książkami. Przeczesując zbiory, znajdujące się na półeczce, moja ręka zatrzymała się na książce Stephena Kinga "Bezsenność". Lektura ta opowiada o mężczyźnie cierpiącym na bezsenność. Im krócej śpi, tym dziwniej postrzega świat i ludzi - wydaje mu się, ze zaczyna widzieć ich 'aury', a także tajemnicze istoty towarzyszące zgonom jego znajomych i przyjaciół. Powieść tą, zdjęłam z półeczki, schowałam do torby i wyszłam z domu. Moje kroki skierowałam ku pobliskiemu parku, w którym to najbardziej lubię czytać książki lub po prostu się relaksować. Ogólnie polecam każdemu, kto lubi czytać, wychodzenie z książką poza mury domu. Czytanie na świeżym powietrzu jest świetną sprawą. Często, kiedy jest ładna pogoda, lubię wyjść na spacerek z książką, usiąść po turecku na ławce i zanurzyć się w nowych i ciekawych przygodach książkowych. Można powiedzieć, że książki są jak skrzynia, w której ukryte są skarby. Czytając książki przeżywamy coraz to nowe przygody, których na długo nie zapomnimy. Czytanie jest pokarmem dla naszego umysłu. Buduje naszą wyobraźnię jak wapń kości. 

Nooo siema ;)

 Witam gorąco wszystkich marzycieli, myślicieli i niepoprawnych optymistów. Na tym blogu chcę podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami, ulubionymi tekstami literackimi i oczywiście choć trochę ponarzekać :).